Wiem, że teraz wśród cyklistów w dobrym tonie jest
Endomondo. Na zdrowie, ale beze mnie. Właśnie po to lubię popedałować gdzieś
poza miasto, żeby jedyną siecią, na jaką trafię, była pajęczyna. Do rowerowego szczęścia
jest mi potrzebna wyłacznie moja poczciwa kobyłka, na której onegdaj wybiłem i połamałem
sobie kilka zębów na londyńskim asfalcie, oraz mój plecak, z którym łączą mnie
tak silne więzy, że Żona obawiała się jego obecności na moim grzbiecie, kiedy
miałem iść do ołtarza.
Popołudnia i poranki są teraz idealne do rowerowego brykania. Słońce
błyska gdzieś w koronach drzew. Powietrze pachnie lasem. Po drodze mijam kilka
miejsc na tyle pięknych, że chciałbym właśnie tam zbudować swój dom. To jednak
sfera marzeń.
Siedząc tyłkiem na pniaku siłą rzeczy wracam myślami do problemów
pozostawionych zaledwie kilkanaście kilometrów za plecami i do tych wszystkich rzeczy,
którymi jestem bombardowany w mediach. Nagle wiele z tych niesłychanie ważnych
spraw nabiera absurdalnego kolorytu. W rozkołysanym letnim wiatrem lesie świat
ludzkich spraw traci swoją czupurność. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach,
nie wiadomo skąd, w głowie pojawiają się dobre nuty... "Let it be"…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj wpis