niedziela, 20 lipca 2014

Święty spokój wśród mrówek



        Wiem, że teraz wśród cyklistów w dobrym tonie jest Endomondo. Na zdrowie, ale beze mnie. Właśnie po to lubię popedałować gdzieś poza miasto, żeby jedyną siecią, na jaką trafię, była pajęczyna. Do rowerowego szczęścia jest mi potrzebna wyłacznie moja poczciwa kobyłka, na której onegdaj wybiłem i połamałem sobie kilka zębów na londyńskim asfalcie, oraz mój plecak, z którym łączą mnie tak silne więzy, że Żona obawiała się jego obecności na moim grzbiecie, kiedy miałem iść do ołtarza.


        Popołudnia i poranki są teraz idealne do rowerowego brykania. Słońce błyska gdzieś w koronach drzew. Powietrze pachnie lasem. Po drodze mijam kilka miejsc na tyle pięknych, że chciałbym właśnie tam zbudować swój dom. To jednak sfera marzeń.
        Siedząc tyłkiem na pniaku siłą rzeczy wracam myślami do problemów pozostawionych zaledwie kilkanaście kilometrów za plecami i do tych wszystkich rzeczy, którymi jestem bombardowany w mediach. Nagle wiele z tych niesłychanie ważnych spraw nabiera absurdalnego kolorytu. W rozkołysanym letnim wiatrem lesie świat ludzkich spraw traci swoją czupurność. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, nie wiadomo skąd, w głowie pojawiają się dobre nuty... "Let it be"…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Skomentuj wpis