Syk i bulgotanie sędziwej
„zaparzaczki” przywołały mnie do kuchni. Rączka odpadła już wieki temu, więc
wypełniony płynem gorący metal łapię przez ścierkę. Co to za durnowatość
przywiązywać się do rzeczy – ganię sam siebie, a jednocześnie zastanawiam się ile
dobrych kaw w nie zawsze dobrych chwilach zaparzyłem w tym ustrojstwie.
Wypinam swoje myśli z nurtu
zdarzeń. W głowę wplatają się dźwięki z ulubionych płyt.
Postawiony na podłodze kubek
powoli uwalnia zaklęte w nim aromatyczne moce. Zapach wypełnia już całą
przestrzeń.
Gdzieś na zaplecze świadomości
napiera cała zgraja ujadających problemów i spraw. Nic to. Coleman Hawkins
wydmuchuje liryczne nuty ze swojego saksofonu, a ja zastanawiam się, czy
dokończyć czytanie „Gottlandu” Mariusza Szczygła, czy też, leżąc na dywanie, po
prostu słuchać. Opcja druga naraża mnie na graniczące z pewnością ryzyko
pytanej i lapidarnej kąśliwości Żony: „Nie masz co robić?” , albo „Zgłupiałeś”.
Bo co by nie było, zgraja ujadających problemów i spraw nie przebije się, a żona
– jak nóż w masło. Biorę więc książkę, gramolę się na łóżko i w tym momencie
pada pytanie:
- „Czytasz?”
- „Czytam.”
![]() |
| Do tych płyt wracam bardzo często... |
