czwartek, 26 czerwca 2014

Poza nurtem zdarzeń




Syk i bulgotanie sędziwej „zaparzaczki” przywołały mnie do kuchni. Rączka odpadła już wieki temu, więc wypełniony płynem gorący metal łapię przez ścierkę. Co to za durnowatość przywiązywać się do rzeczy – ganię sam siebie, a jednocześnie zastanawiam się ile dobrych kaw w nie zawsze dobrych chwilach zaparzyłem w tym ustrojstwie.

Wypinam swoje myśli z nurtu zdarzeń. W głowę wplatają się dźwięki z ulubionych płyt.

Postawiony na podłodze kubek powoli uwalnia zaklęte w nim aromatyczne moce. Zapach wypełnia już całą przestrzeń.

Gdzieś na zaplecze świadomości napiera cała zgraja ujadających problemów i spraw. Nic to. Coleman Hawkins wydmuchuje liryczne nuty ze swojego saksofonu, a ja zastanawiam się, czy dokończyć czytanie „Gottlandu” Mariusza Szczygła, czy też, leżąc na dywanie, po prostu słuchać. Opcja druga naraża mnie na graniczące z pewnością ryzyko pytanej i lapidarnej kąśliwości Żony: „Nie masz co robić?” , albo „Zgłupiałeś”. Bo co by nie było, zgraja ujadających problemów i spraw nie przebije się, a żona – jak nóż w masło. Biorę więc książkę, gramolę się na łóżko i w tym momencie pada pytanie:

- „Czytasz?”

- „Czytam.”

Do tych płyt wracam bardzo często...
Ale tak naprawdę leżąca przed nosem książka o Czechach, skądinąd świetna”, pełni tylko rolę rekwizytu. Nie robię nic. W tle muzyki Hawkinsa słychać odgłosy filiżanek uderzających o talerzyki. Ktoś chrząka i kaszle. Moje myśli, karmione tymi okruchami dźwięków brudzących nagranie, budują w wyobraźni jazzowy klub sprzed 60 lat. Może w Nowym Jorku, a może jakimś innym mieście. A skowyt umilkł już zupełnie. Ale pewnie wróci rano. Wypoczęty. Ja też.