niedziela, 9 listopada 2014

Automobil i DKF

 
Przygotowania do nagrania trzeciego odcinka
 Sędziwy  teatralny automobil  w latach swojej młodości było elementem scenografiii jednego z przedstawień, a teraz stał sobie spokojnie w foyer. Najwięcej emocji budził w sercach przedszkolaków zwiedzających czeluści kulturalnego przybytku. Okazało się jednak, że "fordzika" warto przywołać z zasłuzonej emerytury do pełnej aktywności i ruszyć w podróż  razem z DKF-ową załogą ;)
No to w drogę! A, nasze filmowe zapowiedzi powstają dzięki otwartej na wszelkie wariackie pomysły super ekipie z TV SM Grudziądz.

No i kraksa, ale wszyscy wyszli cało z opresji! ;)


Odcinek 2
https://www.facebook.com/video.php?v=911651885531679&set=vb.607045685992302&type=2&theater


Odcinek 3
https://www.facebook.com/video.php?v=924112160952318&set=vb.607045685992302&type=2&theater

CDN! 
Oczywiście zapraszam na sense oraz spotkania Dyskusyjnego Klubu Filmowego w grudziądzkim teatrze!





wtorek, 29 lipca 2014

La strada, jak mówią



Miewam napadowe powroty do Stachury. I właśnie dziś mnie naszło.
„Nie brookliński most
Lecz na drugą stronę
Głową przebić się
Przez obłędu los -
To jest dopiero coś!”

A to mój ulubiony fragment z „Siekierezady”. Nie ulubiony, ukochany! :)

niedziela, 20 lipca 2014

Święty spokój wśród mrówek



        Wiem, że teraz wśród cyklistów w dobrym tonie jest Endomondo. Na zdrowie, ale beze mnie. Właśnie po to lubię popedałować gdzieś poza miasto, żeby jedyną siecią, na jaką trafię, była pajęczyna. Do rowerowego szczęścia jest mi potrzebna wyłacznie moja poczciwa kobyłka, na której onegdaj wybiłem i połamałem sobie kilka zębów na londyńskim asfalcie, oraz mój plecak, z którym łączą mnie tak silne więzy, że Żona obawiała się jego obecności na moim grzbiecie, kiedy miałem iść do ołtarza.


        Popołudnia i poranki są teraz idealne do rowerowego brykania. Słońce błyska gdzieś w koronach drzew. Powietrze pachnie lasem. Po drodze mijam kilka miejsc na tyle pięknych, że chciałbym właśnie tam zbudować swój dom. To jednak sfera marzeń.
        Siedząc tyłkiem na pniaku siłą rzeczy wracam myślami do problemów pozostawionych zaledwie kilkanaście kilometrów za plecami i do tych wszystkich rzeczy, którymi jestem bombardowany w mediach. Nagle wiele z tych niesłychanie ważnych spraw nabiera absurdalnego kolorytu. W rozkołysanym letnim wiatrem lesie świat ludzkich spraw traci swoją czupurność. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, nie wiadomo skąd, w głowie pojawiają się dobre nuty... "Let it be"…


środa, 16 lipca 2014

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź...


      Pierwszego dnia  czterdziestego roku mojego żywota budzik zadzwonił tak samo, jak zawsze. Sen odklejał się od powiek, dość opieszale ustępując miejsca pierwszym dźwiękom i obrazom. Te, coraz bardziej rwącym strumykiem, zaczęły sączyć się do świadomości. Na nic próba odgrodzenia się od świadomości szczelnym zamknięciem powiek. Świadomość już była po obu ich stronach. Ot - niezmienny rytuał od lat. Teraz mechaniczne włączenie radiowej "Trójki", kawa i świat znów zaczyna krążyć w krwiobiegu.
      W tych moich porankach jest zazwyczaj około 20-minutowa szczelina, kiedy zostaję w domu sam, a jeszcze nie muszę wyjść do pracy. To czas, żeby wygrzebać jakąś rozruchową płytę, która dobrze ukierunkuje myśli na resztę dnia. Dziś nie miałem problemu z wyborem. Słowa Agnieszki Osieckiej są ułożone w modlitwę, którą mogę sobie tylko pomruczeć pod nosem z nadzieją, że zostanie wysłuchana.

wtorek, 15 lipca 2014

A gdy będę starszym panem...

Z okazji moich ostatnich trzydziestych urodzin sam sobie dedykuję, co poniżej :) I uciekam, bo Żona krzyczy, że trzeba odkurzyć, zanim goście przyjdą!

w wersji polskiej




i w oryginale

Solidarność musi iść przed walką



Organicznie nie znoszę pomników, które w Polsce z reguły wnoszą w przestrzeń patos wymieszany z tandetą. W Grudziądzu doskonały przykład takiego monumentalnego maszkarona możemy oglądać na Placu Niepodległości. Jednak nieopodal muru więzienia przy ul. Wybickiego stoi pomnik Solidarności z niezwykłym napisem: ”Jedni z drugimi, nigdy jedni przeciw drugim”. To nawiązanie do słów Jana Pawła II wypowiedzianych podczas Jego pielgrzymki do Polski w czerwcu 1987 roku. Otóż ów pomnik Solidarności jest nie dość że ładny, to przede wszystkim działa na przechodniów siłą tych kilku ważnych słów.
Tu jednak dotykamy sprawy dla mnie arcyciekawej. Jest bardzo wiele osób ostentacyjnie manifestujących swoje przywiązanie do Jana Pawła II. Gdyby ich zapytać o przywiązanie do nauczania tego papieża, też bez mrugnięcia okiem pewnie by wyrazili swoją aprobatę. Rzecz w tym, że Przywiązanie Polaków do rodaka, który zajał miejsce św Piotra jest bardzo często oparte na emocjach, a pozbawione refleksji. Niewiele zmieniło się od czasów Gombrowicza i dlatego śmiało mogę parafrazować zdanie z Ferdydurke: „Wojtyła wielkim Polakiem był”. Kto tak naprawdę wraca do tekstów Karola Wojtyły? Kto stara się zrozumieć homilie Jana Pawła II? A przecież stamtąd garściami czerpać można lekarstwa na schorzenia polskiej duszy.
Naprawdę nie wiem, jakim cudem w latach 80. idea solidarności naprawdę wypełniła serca mieszkających w tym kraju ludzi. Dziś po tym cudzie pozostała co prawda wolna Polska, ale w sercach moich rodaków SA jedynie jakieś marne strzępy poczucia wspólnoty. Więcej tam pogardy. Dlatego właśnie poniżej pozwalam sobie na umieszczenie cytatów z dwóch homilii Jana Pawła II, do których słowa z grudziądzkiego pomnika się odwołują.

 
"Solidarność musi iść przed walką. Wówczas ludzkość może przetrwać. I może przetrwać i rozwijać się każdy naród w wielkiej ludzkiej rodzinie. Bo co to znaczy solidarność? Solidarność to znaczy sposób bytowania w wielości ludzkiej, na przykład narodu, w jedności, w uszanowaniu wszystkich różnic, wszystkich odmienności, jakie pomiędzy ludźmi zachodzą, a więc jedność w wielości, a więc pluralizm, to wszystko mieści się w pojęciu solidarności. Sposób bytowania ludzkiej wielości, mniejszej lub większej, całej ludzkości poszczególnego narodu bytowania w jedności godnej człowieka.
Powiedziałem: solidarność musi iść przed walką. Dopowiem: solidarność również wyzwala walkę. Ale nie jest to nigdy walka przeciw drugiemu. Walka, która traktuje człowieka jako wroga i nieprzyjaciela – i dąży do jego zniszczenia. Jest to walka o człowieka, o jego prawa, o jego prawdziwy postęp: walka o dojrzalszy kształt życia ludzkiego. Wtedy bowiem to życie ludzkie na ziemi staje się „bardziej ludzkie”, kiedy rządzi się prawdą, wolnością, sprawiedliwością i miłością."
Z przemówienia Jana Pawła II  do ludzi morza w Gdyni (11 czerwca 1987)

„Jeden drugiego brzemiona noście” — pisze św. Paweł do Galatów (6, 2), a słowa te mają wielką nośność. „Jeden... drugiego”. Człowiek nie jest sam, żyje z drugimi, przez drugich, dla drugich. Cała ludzka egzystencja ma właściwy sobie wymiar wspólnotowy — i wymiar społeczny. Ten wymiar nie może oznaczać redukcji osoby ludzkiej, jej talentów, jej możliwości, jej zadań. Właśnie z punktu widzenia wspólnoty społecznej musi być dość przestrzeni dla każdego. Jednym z ważnych zadań państwa jest stwarzanie tej przestrzeni, tak aby każdy mógł przez pracę rozwinąć siebie, swoją osobowość i swoje powołanie. Ten osobowy rozwój, ta przestrzeń osoby w życiu społecznym jest równocześnie warunkiem dobra wspólnego. Jeśli człowiekowi odbiera się te możliwości, jeśli organizacja życia zbiorowego zakłada zbyt ciasne ramy dla ludzkich możliwości i ludzkich inicjatyw — nawet, gdyby to następowało w imię jakiejś motywacji „społecznej” — jest, niestety, przeciw społeczeństwu. Przeciw jego dobru — przeciw dobru wspólnemu.
„Jeden drugiego brzemiona noście” — to zwięzłe zdanie Apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność — to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy „brzemię” dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności 1. Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej — rosną zbyt ciężkie brzemiona. I rozkład tych brzemion narasta w sposób nieproporcjonalny. Gorzej jeszcze: gdy mówi się: naprzód „walka” — choćby w znaczeniu walki klas — to bardzo łatwo drugi, czy drudzy pozostają na „polu społecznym” przede wszystkim jako wrogowie. Jako ci, których trzeba zwalczyć, których trzeba zniszczyć. Nie jako ci, z którymi trzeba szukać porozumienia — z którymi wspólnie należy obmyślać, jak „dźwigać brzemiona”. „Jeden drugiego brzemiona noście”.
Z homilii Jana Pawła II wygłoszonej podczas Mszy św.  dla świata  ludzi pracy w Gdańsku (12 czerwca 1987)

niedziela, 13 lipca 2014

Porzeczka ratunkiem



Dziś oglądałem Telewizję TRWAM. A co, Stefan Kisielewski czytał regularnie Trybunę Ludu.
Prezes ze swoją prawą i sprawiedliwą świtą złożył czołobitność ojcu dyrektorowi! To cena za rząd wyborczych dusz, które zjechały na weekend do Częstochowy z pielgrzymką organizowaną przez toruńską rozgłośnię. Byli m.in. i poseł Mariusz Błaszczak i śledczy Antoni Maciarewicz. Troszkę brakowało mi w tej Rodzinie Radia Maryja posła Adama Hofmana. Wszak jest on wojowniczym ratlerkiem PiS, a tym samym jedną z ważniejszych medialnych twarzy prezesa. Niestety zapewne upubliczniony onegdaj pogląd Adama Hofmana na temat jego własnego przyrodzenia stanął na drodze temu, by móc wziąć udział w tym bądź co bądź cnotliwym wydarzeniu. Mógłby to być, z powodów, o których dumnie mówił sam poseł Hofman, element zbyt kłujący w oczy.
Tak na poważnie, o. Tadeusz Rydzyk jest (niestety) obdarzony wielką charyzmą. Wśród rzeszy uwielbiających go ludzi, otoczony popierającymi go biskupami i politykami – czuje się jak ryba w wodzie. Prezes Jarosław Kaczyński, może ojcu dyrektorowi tej swobody tylko pozazdrościć. Może też pozazdrościć masy ludzi, którzy zwartym szeregiem czekają na komendę swojego duchowego przywódcy.
Polska jest silnie spolaryzowana. Patrzę w telewizor i jakoś nie mogę w mojej łysej łepetynie uruchomić umiejętność porozumiewania się z ideą polskości spod znaku Radia Maryja. A przecież to przede wszystkim umiejętność prowadzenia dialogu i zawierania kompromisów pozwala budować cywilizowany świat. Czy Polska może być krajem mostów, których solidny fundament będzie wyrastał z judeochrześcijańskiej oraz humanistycznej idei godności i wolności człowieka?
Żeby w myśli rozbiegane wrócił koloryt optymizmu, spojrzałem na słoje na balkonie. W jednym czerwona porzeczka zasypana cukrem, a dwóch innych porzeczka czarna, a w kolejnych dwóch wiśnie. Teraz potrzeba czasu i słońca, później moc procentów, następnie solidna dawka cierpliwości i będzie z tego antidotum na wiele trosk! Z porzeczkową nalewką o przyzwoitej mocy nawet widok facjaty posła Adama Hofmana będzie do udźwignięcia.

Moje porzeczki! Najpierw oddadzą sok, później dostaną mocy. Na zimę będzie doskonałe panaceum na troski.


piątek, 11 lipca 2014

Obrońcy Boga to wynalazek szatański




Coraz mniej Polaków chodzi do kościoła. Tygodnik „Polityka” podaje, że od 2003 roku liczba praktykujących katolików spadła o 2 miliony osób.
Żyjemy, niestety, w ciekawych czasach i ta informacja też jest ciekawa ze względu na cały szereg swoich implikacji. Taka zmiana to sygnał, że w zbiorowej świadomości coś powoli, ale konsekwentnie się zmienia. To nie jest jakieś emocjonalne tąpnięcie, po którym w umysłach „maluczkich” przyjdzie czas na otrzeźwienie.
Najbardziej ciekawi mnie jednak, co jest przyczyną tej zmiany. Czy to kwestia intelektualnej dojrzałości i głodu duchowej głębi, czy też konformizm, otępienie kontrowersyjnego organu zwanego duszą i religijny analfabetyzm?
Znam pewnego Ateistycznego M. Jedna rozmowa z nim potrafiła mnie bardziej duchowo zapłodnić, niż cała masa pełnych pasji kazań w parafialnym kościele. Ateistyczny M. jest jednak dumnym posiadaczem intelektualnej błyskotliwości oraz niezwykłej wrażliwości, co czyni go człowiekiem barwnym i nietuzinkowym. Do tego Ateistyczny M. zarówno ze swego mózgu, jak i wrażliwości intensywnie korzysta, co czyni go człowiekiem mądrym. Pamiętam, jak beczałem na jego ślubie, bo miałem świadomość, że na moich oczach zaczyna się coś niezwykłego i pięknego. Daj nam, Dobry Boże, więcej takich ateistów.
Piszę o Ateistycznym M., bo spotkałem też wielu Bardzo Gorliwie Wierzących o mózgach jak łepek szpilki i duszy zaśniedziałej. Tępota wymieszana z pretensjonalną goryczą i oczywiście poczuciem religijnej misji. Chyba nikt nie robi gorszego PR-u Bogu niż jego zagorzali obrońcy.
Proszę wybaczyć wprowadzenie wątku demonologicznego, ale w moim łysym umyśle jestem przekonany, że obrońcy Boga to wynalazek szatański. Siepacze wiary i krzyżowcy, bez względu na to, czy machają mieczem, przypalają stosikiem, czy plują jadem ze swoich ust - robią to w imię idei swojego wyobrażenia boga. Oni tak naprawdę bronią swoich urojeń, do których są przywiązani mieszaniną głupoty i strachu.
Aspiracje do bycia obrońcą Boga są grotesko zuchwałe i ich źródeł trzeba chyba szukać w grzechu pychy. Bóg Starego Przymierza jest wszechmocny w swej sile. Bóg Ewangelii jest wszechmocny w swej Miłości. Stojąc u podnóża Góry Synaj, czy stojąc u podnóża Golgoty można jedynie uwierzyć, lub nie, a później żyć tą wiarą, albo być poza nią. Człowiek, który naprawdę wierzy Bogu, zmienia się radykalnie. Tyle że nie jest to przepoczwarzenie w bezmyślne i nawiedzone strzaszydło, które gardzi wszystkim, co obce,  niezrozumiałe, wychodzące poza doktrynę.
Domyślam się, że tzw. siły nieczyste rekrutują owych obrońców najchętniej i najłatwiej z grona Bardzo Gorliwie Wierzących. Nie odbywa się to bynajmniej przez zagarnianie kopytkiem, omiatanie ogonem, albo nabiciem na rogi. Raczej ma to formę konsekwentnego i cierpliwego sączenia głupoty a to w kiepskim kazaniu, a to w rozlanej w eterze nabożnej trosce o kondycję narodu. Do tego jeszcze dochodzi tajemnicze pojawianie się w przestrzeni publicznej coraz to nowych paranoików, którzy mają zdolność przyciągania całego mnóstwa swoich mentalnych klonów.
Jestem przekonany, że Bardzo Gorliwie Wierzący wpływają na spadek liczby wiernych w kościele rzymskokatolickim, a Ateistyczny Michał nie wpływa na to w najmniejszym stopniu. Niestety nie wydaje mi się, żeby ta fala odejścia w większości przypadków była poprzedzona bardziej wnikliwą refleksją. Przerażające jest to, że wielu ludziom o nic głębszego w życiu nie chodzi. Zupełnie, jakby ideowość była zarezerwowana tylko dla wariatów, lub oszołomów. Ludzie idą tam, gdzie wymaga się od nich mniej. A że często w kościele nie dość, że się od nich wymaga, to jeszcze często wymaga się głupio – więc efekt jest taki a nie inny. A ksiądz profesor Józef Tischner już dawno temu przestrzegał, że kiedy księża przestali czytać „Tygodnik Powszechny”, jakość kazań drastycznie spadła. Ks. Tischner wspomniał kiedyś również: „Nie znam nikogo, kto stracił wiarę po lekturze dzieł Marksa, ale znam kilku takich, którzy stracili ją po kontakcie z własnym proboszczem”.
No ale Tischner nie jest i nigdy nie był w głównym nurcie myśli polskiego katolicyzmu, choć lśni w nim jak diament. Gdyby tak proboszczowie poszli za nim ma manowce sensownego myślenia…

środa, 9 lipca 2014

Witamina Starszych Panów



        Świat opisany wrażliwością Jeremiego Przybory aplikuję sobie regularnie. Nazwijmy to witaminą Starszych Panów! W końcu za rok moja czterdziestka – trzeba będzie przeprawić się przez Rubikon Wieku Poważnego, a stamtąd – jak mawiają - powrotu nie ma. Z kolei wyczarowany przez Tolkiena Gandalf śpiewał: „A droga wiedzie w przód i w przód, choć zaczęła się tuż za progiem” i tego chyba trzeba się trzymać. Zresztą za jednym Rubikonem jeszcze sporo kolejnych, istotniejszych niż uciekający czas. Przeprawa przez nie będzię zapewne trudniejsza, ale może zarysują się niezwykłe horyzonty zdarzeń, których nawet wyobraźnia nie podpowiada? Kto wie… Trzeba raźnie dreptać dalej i cieszyć się, że wiatr nawiewa różnych ludzi, jak liści.




wtorek, 8 lipca 2014

Mądrale, okrzyczane faje



Pełno ich i rosną w siłę! Wyłażą z telewizora, wypełzają z internetowych stron i kolumn gazet. Wcisną się przez powieki zamknięte nie w porę. Zdarza się, że znienacka wyskoczą zza rogu ulicy, albo jeszcze gorzej – ich dusząca obecność jest stałym elementem mojej codzienności.
Jak diabeł wody święconej, staram się unikać ludzi pozbawionych dystansu. Mogę nawet przyznać się, że ma to już znamiona fobii. Widzę, jak rzesza osobników cechujących się brakiem rezerwy przede wszystkim do siebie, ale również do swoich ambicji, namiętności (zwłaszcza pieniędzy), ideologii czy wreszcie miłości własnej rośnie w siłę.
Ci od ideologii zwyczaj z patosem szermują deklinacją wielkich słów. Domyślam się, że ma to jakiś związek utrudnionym odprowadzeniem gazów z organizmu. Otóż ciśnienie naciska na rozmaite organy, wewnętrznie spina i ostatecznie otumania. Do tego dochodzi zapewne nieustanne ściskanie pośladków, co ma zapobiec publicznej kompromitacji. To z kolei zabija jakąkolwiek naturalną swobodę. Kiedy ta ideologia dodatkowo miesza się z poczuciem religijnej misji, stopień nadęcia może nabrać apokaliptycznego wymiaru! Znamienne, że takie osobniki mają zwyczaj zapewniania o swoich dobrych intencjach. Znają Prawdę i w swej szczodrobliwej szlachetności pragną z góry uronić odrobinę swego objawienia na mnie. Żeby było jasne – dotyczy to tak samo miłośników kaczorów, ojców dyrektorów, jak i nawiedzonych feministek. Ludzie skaczący sobie do gardeł często są to siebie groteskowo podobni, choć za nic nie chcieliby przyznać się do tego.
Ci od ambicji mają często mentalność kaprala i przez życie własne, a co gorsza również cudze jadą jak czołgiem, prowadząc wydziergany na swoja miarę blitzkrieg. Pif – trup tam, paf  - kolejny szczebel awansu.  W przerwie na popas uśmiech do świata.
Bywa, że ambicją, ideologią, a nawet religią są tylko pieniądze. Bywa, że te wszystkie rzeczy mieszają się ze sobą i, jak już wspominałem, wyłażą z telewizora, wypełzają z internetowych stron i kolumn gazet. Wcisną się przez powieki zamknięte nie w porę. 
Bywa, że kelnerzy i naczelny z kryminalnym wyrokiem są wisionką na torcie jakiejś piramidalnej kupy g.... "Jedni krzyczą: o, jak pyszna ozywcza wisienka. To witamina na ów niestrawny tort. Co za szlachetni dżentelmeni". Inni krzyczą: "Nic nie zaszło!"
Mówię Państwu - to wszystko jest wynikiem braku dystansu.
Grunt, to zachować rezerwę do świata i siebie, w czym np. Julian Tuwim może być bardzo pomocny…


czwartek, 26 czerwca 2014

Poza nurtem zdarzeń




Syk i bulgotanie sędziwej „zaparzaczki” przywołały mnie do kuchni. Rączka odpadła już wieki temu, więc wypełniony płynem gorący metal łapię przez ścierkę. Co to za durnowatość przywiązywać się do rzeczy – ganię sam siebie, a jednocześnie zastanawiam się ile dobrych kaw w nie zawsze dobrych chwilach zaparzyłem w tym ustrojstwie.

Wypinam swoje myśli z nurtu zdarzeń. W głowę wplatają się dźwięki z ulubionych płyt.

Postawiony na podłodze kubek powoli uwalnia zaklęte w nim aromatyczne moce. Zapach wypełnia już całą przestrzeń.

Gdzieś na zaplecze świadomości napiera cała zgraja ujadających problemów i spraw. Nic to. Coleman Hawkins wydmuchuje liryczne nuty ze swojego saksofonu, a ja zastanawiam się, czy dokończyć czytanie „Gottlandu” Mariusza Szczygła, czy też, leżąc na dywanie, po prostu słuchać. Opcja druga naraża mnie na graniczące z pewnością ryzyko pytanej i lapidarnej kąśliwości Żony: „Nie masz co robić?” , albo „Zgłupiałeś”. Bo co by nie było, zgraja ujadających problemów i spraw nie przebije się, a żona – jak nóż w masło. Biorę więc książkę, gramolę się na łóżko i w tym momencie pada pytanie:

- „Czytasz?”

- „Czytam.”

Do tych płyt wracam bardzo często...
Ale tak naprawdę leżąca przed nosem książka o Czechach, skądinąd świetna”, pełni tylko rolę rekwizytu. Nie robię nic. W tle muzyki Hawkinsa słychać odgłosy filiżanek uderzających o talerzyki. Ktoś chrząka i kaszle. Moje myśli, karmione tymi okruchami dźwięków brudzących nagranie, budują w wyobraźni jazzowy klub sprzed 60 lat. Może w Nowym Jorku, a może jakimś innym mieście. A skowyt umilkł już zupełnie. Ale pewnie wróci rano. Wypoczęty. Ja też.