Pierwszego dnia czterdziestego roku mojego żywota budzik zadzwonił tak samo, jak zawsze. Sen odklejał się od powiek, dość opieszale ustępując miejsca pierwszym dźwiękom i obrazom. Te, coraz bardziej rwącym strumykiem, zaczęły sączyć się do świadomości. Na nic próba odgrodzenia się od świadomości szczelnym zamknięciem powiek. Świadomość już była po obu ich stronach. Ot - niezmienny rytuał od lat. Teraz mechaniczne włączenie radiowej "Trójki", kawa i świat znów zaczyna krążyć w krwiobiegu.
W tych moich porankach jest zazwyczaj około 20-minutowa szczelina, kiedy zostaję w domu sam, a jeszcze nie muszę wyjść do pracy. To czas, żeby wygrzebać jakąś rozruchową płytę, która dobrze ukierunkuje myśli na resztę dnia. Dziś nie miałem problemu z wyborem. Słowa Agnieszki Osieckiej są ułożone w modlitwę, którą mogę sobie tylko pomruczeć pod nosem z nadzieją, że zostanie wysłuchana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj wpis