Coraz mniej Polaków chodzi do
kościoła. Tygodnik „Polityka” podaje, że od 2003 roku liczba praktykujących
katolików spadła o 2 miliony osób.
Żyjemy, niestety, w ciekawych
czasach i ta informacja też jest ciekawa ze względu na cały szereg swoich
implikacji. Taka zmiana to sygnał, że w zbiorowej świadomości coś powoli, ale
konsekwentnie się zmienia. To nie jest jakieś emocjonalne tąpnięcie, po którym
w umysłach „maluczkich” przyjdzie czas na otrzeźwienie.
Najbardziej ciekawi mnie jednak,
co jest przyczyną tej zmiany. Czy to kwestia intelektualnej dojrzałości i głodu
duchowej głębi, czy też konformizm, otępienie kontrowersyjnego organu zwanego
duszą i religijny analfabetyzm?
Znam pewnego Ateistycznego M.
Jedna rozmowa z nim potrafiła mnie bardziej duchowo zapłodnić, niż cała masa
pełnych pasji kazań w parafialnym kościele. Ateistyczny M. jest jednak dumnym
posiadaczem intelektualnej błyskotliwości oraz niezwykłej wrażliwości, co czyni
go człowiekiem barwnym i nietuzinkowym. Do tego Ateistyczny M. zarówno ze swego
mózgu, jak i wrażliwości intensywnie korzysta, co czyni go człowiekiem mądrym. Pamiętam,
jak beczałem na jego ślubie, bo miałem świadomość, że na moich oczach zaczyna
się coś niezwykłego i pięknego. Daj nam, Dobry Boże, więcej takich ateistów.
Piszę o Ateistycznym M., bo
spotkałem też wielu Bardzo Gorliwie Wierzących o mózgach jak łepek szpilki i
duszy zaśniedziałej. Tępota wymieszana z pretensjonalną goryczą i oczywiście
poczuciem religijnej misji. Chyba nikt nie robi gorszego PR-u Bogu niż jego
zagorzali obrońcy.
Proszę wybaczyć wprowadzenie wątku
demonologicznego, ale w moim łysym umyśle jestem przekonany, że obrońcy Boga to
wynalazek szatański. Siepacze wiary i krzyżowcy, bez względu na to, czy machają
mieczem, przypalają stosikiem, czy plują jadem ze swoich ust - robią to w imię
idei swojego wyobrażenia boga. Oni tak naprawdę bronią swoich urojeń, do
których są przywiązani mieszaniną głupoty i strachu.
Domyślam się, że tzw. siły
nieczyste rekrutują owych obrońców najchętniej i najłatwiej z grona Bardzo
Gorliwie Wierzących. Nie odbywa się to bynajmniej przez zagarnianie kopytkiem,
omiatanie ogonem, albo nabiciem na rogi. Raczej ma to formę konsekwentnego i
cierpliwego sączenia głupoty a to w kiepskim kazaniu, a to w rozlanej w eterze nabożnej
trosce o kondycję narodu. Do tego jeszcze dochodzi tajemnicze pojawianie się w
przestrzeni publicznej coraz to nowych paranoików, którzy mają zdolność
przyciągania całego mnóstwa swoich mentalnych klonów.
Jestem przekonany, że Bardzo
Gorliwie Wierzący wpływają na spadek liczby wiernych w kościele rzymskokatolickim,
a Ateistyczny Michał nie wpływa na to w najmniejszym stopniu. Niestety nie
wydaje mi się, żeby ta fala odejścia w większości przypadków była poprzedzona
bardziej wnikliwą refleksją. Przerażające jest to, że wielu ludziom o nic
głębszego w życiu nie chodzi. Zupełnie, jakby ideowość była zarezerwowana tylko
dla wariatów, lub oszołomów. Ludzie idą tam, gdzie wymaga się od nich mniej. A
że często w kościele nie dość, że się od nich wymaga, to jeszcze często wymaga
się głupio – więc efekt jest taki a nie inny. A ksiądz profesor Józef Tischner
już dawno temu przestrzegał, że kiedy księża przestali czytać „Tygodnik
Powszechny”, jakość kazań drastycznie spadła. Ks. Tischner wspomniał kiedyś
również: „Nie znam nikogo, kto stracił wiarę po lekturze dzieł Marksa, ale znam
kilku takich, którzy stracili ją po kontakcie z własnym proboszczem”.
No ale Tischner nie jest i nigdy
nie był w głównym nurcie myśli polskiego katolicyzmu, choć lśni w nim jak
diament. Gdyby tak proboszczowie poszli za nim ma manowce sensownego myślenia…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj wpis